
In Little Lagoon
Słowik: Kiedy pierwsi odkrywcy dotarli do zatoki, w której obecnie leży miejscowość Monkey Mia, zobaczyli całe stada wystających ponad wodę płetw. Doszli do wniosku, że są w miejscu, w którym roi się od rekinów i ochrzcili te wody Zatoką Rekina. Jednak wystające płetwy grzbietowe należały do delfinów butlonosych, które chociaż dzikie to nie stronią od kontaktu z ludźmi.

Obecnie w Monkey Mia utworzono ośrodek badawczy, który zajmuje się tymi wodnymi ssakami. Każdego ranka jego pracownicy zapraszają turystów na karmienie delfinów – rytuał, który odbywa się nieprzerwanie każdego dnia od około 40 lat. Słowo karmienie jest tutaj użyte raczej nad wyraz, bo dla delfinów to raczej przekąska. Dostają kilka sztuk małych rybek, chociaż ich dzienne zapotrzebowanie to około 10kg. Ale wystarczy, żeby przyciągnąć je do brzegu ku uciesze tłumów. Delfiny na śniadanie przypływają prawie zawsze kilka minut po godzinie 8. Wtedy czekają już na nich dziesiątki, a czasami setki turystów. Czekamy i my. Gdy zbliża się 8, pracownicy rezerwatu zapraszają wszystkich nad brzeg. Na oko około 120 osób ustawia się w rządku, czasami dwu, maksymalnie trzy-szeregu. Żeby tylko być jak najbliżej. Po kilkunastu minutach na horyzoncie widać pierwsze płetwy. Po chwili delfiny są już praktycznie u naszych stóp. Poza samą bliskością z nimi niesamowite jest to, że pływają przed nami w wodzie sięgającej zaledwie do łydek. Jak widać, wystarczy. Niestety można tylko patrzeć i słuchać. Od 11 lat wprowadzono całkowity zakaz dotykania butlonosych. Nie tylko po to, aby ich nie “udamawiać” ale również dlatego, że mogą zarazić się naszymi wirusami. Widać, że zakaz jest rygorystycznie przestrzegany, bo nawet pracownicy dobrze delfinom znani nie dotykają ich ani razu. Chociaż ewidentnie widać, że niektóre wręcz się o to proszą, ocierając się o ich nogi lub wystawiając pysk ku górze, niczym pies. Pracownicy kontrolują się sami, aby kontrolować turystów wprowadzono kary sięgające nawet 10 tysięcy dolarów. Z karmieniem jest podobnie. Zwłaszcza, że delfiny pamiętają czasy gdy ludzie dokarmiali ich nawet kanapkami (!) i teraz żebrzą o jedzenie od turystów stojących na molo lub podpływając do licznych łodzi i jachtów. Jedynym wyjątkiem jest te kilka rybek po każdej z porannych prezentacji, gdy kilka osób wybrane przez pracowników może dostąpić zaszczytu karmienia. Mieliśmy szczęście i delfiny przypłynęły na wszystkie trzy karmienia (czasami pojawiają się na dwa, lub tylko jedno), ale niestety nie wybrano nas ani razu. Zauważyliśmy jednak pewną tendencję w wyborze i z góry upatrzony schemat. Kilka osób wybierano dwukrotnie, ale przez innych pracowników. Jak widać nie byliśmy w ich szczególnym typie.

Poza delfinami i pięknymi widokami w Monkey Mia nie było nic więcej do zobaczenia. Pojawił się jeszcze pelikan, który zamiast bać się tłumów ludzi, próbował złapać swoim długim dziobem tych, którzy podchodzili zbyt blisko przy robieniu zdjęć. Zachowaliśmy bezpieczną odległość ale z aparatami w dłoni czekaliśmy aż chapnie natrętnych azjatów lub nieświadome zagrożenia dzieci. Bezskutecznie. Faktem wartym odnotowania są jeszcze rozwieszone po całym ośrodku informacje o emu. Emu podobnie jak pelikan i delfiny przyzwyczaiły się do ludzi, a nawet posiadły tę bezcenną wiedzę, że człowiek = pożywienie. Ba! Nawet wiedzą, że jeśli pożywienia nie ma na wierzchu trzeba go poszukać w torbie. Stąd ostrzeżenia aby pilnować swoich rzeczy jeśli zauważy się w pobliżu jakieś gangi wygłodniałych emu, bo przypadki kiedy oprócz patroszenia torby potrafiły ją po prostu zabrać nie są odosobnione.

Eagle Bluff
Po takim poranku z naturą, wiedzieliśmy że warto było jechać prawie tysiąc kilometrów i spędzić noc w aucie, a był to dopiero początek naszych trzydniowych atrakcji. Z Monkey Mia wróciliśmy do położonego niedaleko Denham, gdzie czekał na nas zarezerwowany pokój i upragniony prysznic. Po motelu pod szyldem YHA (Youth Hostel Australia) zazwyczaj nie można spodziewać się zbytnich fajerwerków, raczej minimum do spania. Mimo wszystko, widząc nasz pokój pomyślałem, że dużo wygodniej i komfortowo było spać w samochodzie. Na pewno psychicznie bezpieczniej. Patrząc na pokój nie byłem w pełni przekonany czy jest on wolny od pająków. Porzuciłem jednak tę myśl, bo był to problem dopiero na wieczór. Po szybkim odświeżeniu ustaliliśmy plan dnia i ruszyliśmy w drogę. Zatoka Rekina i półwysep ją otaczający, na którym się znajdowaliśmy, zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa. Muszę Wam również uzmysłowić, że chociaż jest to teren dostępny dla turystów, to pozostał maksymalnie nienaruszony. Nasza baza wypadowa to Denham (około 250 mieszkańców), następna mieścina za jakieś 300 km. W Monkey Mia nie ma nic poza ośrodkiem badawczym delfinów i jednym ośrodkiem wczasowym, na który składa się kilka domków i hotelowa restauracja. Poza tym żadnego sklepu, budki telefonicznej czy stacji benzynowej. Kompletny dzicz. Nie ma tu zasięgu telefonii komórkowej (tylko jedna sieć ma swój nadajnik w Denham, niestety nie nasza) a internet jest obecny jedynie w zdaniach oznajmujących że go… nie ma. Dla samych mieszkańców Denham jest zarówno telefon stacjonarny jak i net, ale turyści są raczej go pozbawieni. Odcięci od technologii ruszyliśmy obcować z jednymi z najpiękniejszych miejsc na świecie. Niestety odpadło nam kilka miejsc, które dostępne są jedynie dla auta z napędem 4×4 lub organizowanych płatnych wycieczek.

Zaczęło się mało atrakcyjnie od jedynej płatnej atrakcji, nazwanej nad wyraz Morskim Zoo. Wątpliwa przyjemność podziwiania kilku ryb w niewielkich akwariach, wodnego żółwia z odgryzioną płetwą i niechcącego jeść zdechłej ryby rekina, kosztowała nas 16 dolków od łebka i to jedyne pieniądze podczas tej wyprawy, których można odżałować (no, może jeszcze te trzy stówki mandatu były zbędne…). Zwłaszcza, że w kwestii obserwowania rekinów wygrało Urwisko Orła (Eagle Bluff). Oprócz zapierających dech w piersiach widoków, mieliśmy szczęście dostrzec dwa rekiny cytrynowe (albo tygrysie, ciężko ustalić) pływające w małej zatoczce obok brzegu. Niesamowity widok oglądać te drapieżnik tak swobodnie pływające w swoim naturalnym środowisku. Przede wszystkim było je wyraźnie widać w krystalicznie czystej wodzie, czego nie można powiedzieć o zbiorniku w zoo.

Tak ciekawie bylo w morskim zoo
Następny dłuższy przystanek wydawał się miejsce wręcz nierealnym. Bo czy potraficie sobie wyobrazić plażę bez piasku? Zupełnie go pozbawioną, choćby jednego ziarenka. Jak się okazuje taka plaża istnieje i na dodatek rozciąga się na długość 120 kilometrów. Miejsce piachu zajęły małe muszle w ilościach hurtowych. Podobno sięgają nawet do 10 metrów wgłąb i chociaż zakazuje się zabierania ze sobą naturalnych souvenirów, to z bloków ubitych muszli buduje się czasami domy. Oprócz muszlowej plaży mogliśmy popływać w jak zwykle nieskazitelnie czystej wodzie. Jednak jej zasolenie było ponad normę, nawet tę oceaniczną. Wystarczyła zbłądzona kropla aby wywołać pieczenie oka, lub odruchy wymiotne w kontakcie z jamą ustną. Nie bez powodu jest to jedno z najbardziej zasolonych miejsc na ziemi. Po kąpieli, obaleniu letniego piwka i chwili błogiego wylegiwania się ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się jeszcze na szybką sesję przy tablicy zaznaczającej linię 26 równoleżnika szerokości południowej tym samym uświadamiając sobie, że w ciągu jednego dnia przeskoczyliśmy aż o 6 równoleżników (pamiętacie, gdzie trafiliśmy na 32 równoleżnik?).

Po kolacji i zachodzie słońca pojechaliśmy kilka kilometrów za miasto poobserwować niebo. To jeden z niewielu momentów w życiu, kiedy mogłem gołym okiem dostrzec tak wyraźnie Drogę Mleczną [Ula: ostatnio było w Żabinku]. Na dodatek w akompaniamencie zupełnie innych gwiazdozbiorów niż te dobrze mi znane z półkuli północnej. Co prawda teleskop, który został w Polsce, musiała zastąpić lornetka, jednak to wystarczyło żeby nacieszyć oczy nowymi cudami nieba. Ale o gwiazdach pewnie więcej opowiem wam Ula, w końcu to jej pasja. Ja jestem tylko amatorskim podglądaczem.

Denham po zachodzie
Ula: Mając dużo wolnego czasu w aucie mogłam bez problemu przestudiować mapy nieba. Trochę mi zajęło zidentyfikowanie wszystkich nowości i ciekawostek dostępnych do podziwiania na południowej półkuli. Długo wyczekiwane Obłoki Magellana były na wyciągnięcie ręki! Bez kitu wyglądają jak małe chmurki i na pierwszy rzut oka nietrudno je z chmurami pomylić. Nawet przez lornetkę wyglądały jakoś tak zamazanie. Na szczęście pogoda dopisała (podczas podróży na południe było zbyt dużo chmur) i spokojnie mogliśmy podziwiać gwiazdy, aż do pojawienia się Księżyca. Skubany był w tym czasie prawie w pełni i oświetlał niebo niczym miejskie latarnie. Ale wschód Księżyca oglądany przez lornetkę okazał się kolejną atrakcją.
Po tak doskonałym opisie Słowika nie ma tu co dodawać, powiem tylko, że był to jeden z najwspanialszych wypadów, najwspanialszych widoków i najwspanialszych chwil spędzonych w Australii. Na miarę podróży poślubnej (hmm przedślubnej
)
-
-
-
Monkey Mia
-
-
-
-
-
-
-
Shell up
-
-
-
-
-
-
-
Shell down
-
-
-
-
-
-
-
-
In Little Lagoon
-
-
-
-
-
Denham po zachodzie
-
-
Shell Beach
-
-
Eagle Bluff
-
-
-
Rekin z lotu ptaka
-
-
-
Road Kangaroo
-
-
-
-
-
Tak ciekawie bylo w morskim zoo
-
-