Słowik: Pomnik to też sztuka. Ale nie sztuką jest postawić kolejną bryłę z brązu, gipsu czy innego kruszcu przypominającą nie zawsze wybitną postać. Sztuką jest stworzyć taki monument, aby łączył w sobie element wspomnienia osoby lub wydarzenia, a jednocześnie zachęcał do refleksji. To trudne. Więc ewentualnie można porzucić element refleksji i liczyć na to, żeby stawiane pomniki nie były kolejną ptasią kuwetą i ławeczką w jednym.

12 października 2002 roku w zamachu terrorystycznym na indonezyjską wyspę Bali zginęło ponad 200 osób. 88 ofiar to Australijczycy z czego 16 pochodziło z Zachodniej Australii. Aby upamiętnić ofiary, rannych i każdego kto niósł w tym czasie pomoc włodarze Perth postanowili wznieść pomnik. W zasadzie to monument. Na szczycie będącym częścią Kings Parku wybudowano punkt widokowy. Konstrukcję godną podziwu nie tylko za sprawą niesamowitego widoku panoramy Perth. Najpiękniejszy w całej konstrukcji jest pomysł. „Pomnik” ma swój punkt centralny w postaci żelaznego okręgu. Wyprowadzona z niego pierwsza oś prowadzi do balkonu z widokiem na australijską flagę powiewającą nad rzeką Swan. Z kolei druga oś, która przecina się z pierwszą, prowadzi z balkonu skierowanego na miasto wprost na kamień z pamiątkową tablicą. Ciężko to wyjaśnić słowami, dlatego odsyłam do zdjęć. Cały sekret tkwi w promieniach słońca. Każdego 12 października podczas wschodu naszej gwiazdy, jej promienie przechodzą przez balkon z widokiem na miasto i padają wprost na kamień z pamiątkową tablicą, na której wybito imiona wszystkich ofiar pochodzących z Australii Zachodniej. Wykorzystanie naturalnego zjawiska i odpowiedniego położenia daje niesamowity efekt, a jednocześnie utrwala się w pamięci. A przynajmniej odnoszę wrażenie, że tę datę zapamiętam na długo. Tak jak lubię i cenię wszystko co praktyczne, tak uwielbiam wszystko co praktyczne a do tego piękne. Ten pomnik uwielbiam. Dlatego powtórzę, że nie sztuką jest postawić byle bryłę. Choćby stała w najlepszym punkcie w mieście, to wciąż zwykła, zazwyczaj brzydka, a z czasem obsrana bryła. Stworzenie takiego momentu, który wryje nam się w pamięć tym samym przypominając po co powstał, to jest sztuka!

Ula: Hmm kto zrozumiał opis monumentu ręka do góry! Bo ja tam byłam, a miałam problem z wyobrażeniem sobie tego… :D Generalnie chodzi o to, że 12 października, w rocznicę zamachu, promienie słoneczne przechodzą przez środek konstrukcji i podświetlają tablicę pamiątkową. I tworzy się niesamowity efekt:) Szkoda, że 12 października już nas tu nie będzie, żeby zobaczyć jak to wygląda w rzeczywistości.

Słowik: Australia buszem stoi. To wiedzieliśmy. Zwłaszcza po przejechaniu prawie 900km na północ od Perth, gdzie na całej trasie minęliśmy ze 3 miejscowości. Nie wiedzieliśmy jednak, że istnieją miejsca zaledwie muśnięte przez cywilizację, przypominające wymarłe miasteczka z najgorszych horrorów klasy B. Chociaż miasteczko to za duże słowo. W drodze z Monkey Mia do Kalbarii postanowiliśmy zajechać w miejsce, gdzie podobno zachowały się najstarsze formy życia na ziemi – stromatolity. W tym celu zajechaliśmy do przybytku oznaczonego jako zabytkowa stacja telegraficzna i kemping jednocześnie. Czuliśmy, że kraniec świata jest blisko. Nawet znaki dawały to do zrozumienia. Po dojechaniu na miejsce zastaliśmy zabudowania składające się z kilku rozsypujących się, blaszano-drewnianych chatek, parę przyczep kempingowych i dziwną konstrukcję przypominająca skrzyżowanie naczepy tira i szaletów miejskich.

Czytaj resztę wpisu »

ANZAC Day

Posted: Maj 1, 2012 in Uncategorized

Słowik: Ostatnie święto pod flagą biało-czerwoną z listopada ubiegłego roku bardziej przypominało londyńskie zamieszki niż dzień dumy narodowej jednoczący obywateli. Kolejne święto pod gwiaździstą, błękitną flagą pokazało mi jak narodowo świętować się powinno.

ANZAC to skrót od Australian and New Zealand Army Corps czyli Zjednoczonej Armii Australii i Nowej Zelandii. Sam ANZAC Day to drugie najważniejsze święto narodowe zaraz po styczniowym Australia Day. To również kolejne święto zdominowane przez australijską flagę. Może trochę mniej zabawowe, a odrobinę bardziej poważne. Zaczyna się od uczczenia pamięci poległych w minionych wojnach. Ceremonia odbywa się o świcie (Dawn Service) i dlatego nie skusiliśmy się w niej uczestniczyć. Na paradę rozpoczynającą się o 9 rano też się spóźniliśmy. Dlatego zamiast jednostek zmobilizowanych, czynnych w służbie żołnierzy czy specjalnie wyszkolonych psów pozostało nam obserwować dumnie kroczących weteranów i rodziny poległych. Pełna mieszanka narodowości, kultur i wieku. Były dzieci trzymające zdjęcia swoich dziadków, ojców bądź innych członków wojskowej rodziny. Byli kombatanci zmobilizowani inaczej, jadący na swoich elektrycznych wózkach. Byli reprezentanci innych krajów w tym nawet niewielka grupka polskich weteranów! Podczas przemarszu rozbrzmiewały doniosłe melodie wygrywane przez najróżniejsze zespoły policji lub wojska. Ulice wypełniała nie tylko narodowa duma ale przede wszystkim pamięć o poległych, bo to święto głównie z myślą o nich.

Patrząc na tak zjednoczonych i dumnych Australijczyków trochę zrobiło mi się żal, że nad Wisłą zamiast dumnie kroczących wojsk mamy tłumy ogłupionych ludzi z pochodniami. Przed nadchodzącym dniem flagi i konstytucji życzę sobie i Wam abyśmy doczekali świąt narodowych obchodzonych godnie i z radością.

Jestem piratem i wiem o tym

Posted: Kwiecień 19, 2012 in Uncategorized

Słowik: Jestem piratem. Co prawda nie takim typowym grasujacym po bezkresach mórz i oceanów, ale tym bardziej współczesnym. Piratem drogowym. Przynajmniej w australijskich realiach.

Przez 8 lat posiadania prawa jazdy i doświadczeniu wyrażonym w setkach tysięcy przejechanych kilometrów nie tylko po Polskich drogach, dostałem mandaty, które można by policzyć na palcach dwóch rąk i pewnie nie wszytkie byłyby zajęte. Na dodatek połowa z tych mandatów to kary za jazdę bez zapiętych pasów lub rozmowy przez telefon. A muszę przyznać, że zasłużyłem pewnie na więcej i to kar najwyższych, za przekraczanie prędkości. Do tego bezczelnie przyznam, że ograniczeń prędkości nigdy nie przestrzegałem i nagminnie naginałem prawo drogowe, bo często jest to prawo ustanowione bezmyślnie lub z myślą o większości, która jeździć z głową nie potrafi, a czasami nawet nigdy jeździć nie powinna. Nie były to jednak wykroczenia szalone jak przejeżdżanie skrzyżowania na czerwonym świetle czy pędzenie przez centrum miasta powyżej 100 km/h bo to skrajna głupota zagrażająca innym kierowcom i pieszym. Po prostu jeździłem trochę szybciej niż dozwolono w terenie zabudowanym i znacznie szybciej na autostradach i drogach szybkiego ruchu. Prawie zawsze uchodziło mi to bezkarnie i wprawiłem się w unikaniu fotoradarów, suszarek i nieoznakowanych radiowozów.

Australijska drogówka jednak szybko poddała moje metody i jazdę pod weryfikację. Jestem tutaj od niespełna 8 miesięcy, przejechałem zaledwie kilka tysięcy kilometrów i nawet nie posiadam własnego auta (!) a już dorobiłem się czterech mandatów na kwoty przekraczające moje dotychczasowe drogowe wykroczenia spoza Australii razem wzięte. Wszystkie oczywiście za prędkość. I te cztery wystarczyły aby “odchudzić” moją ciężką nogę na tyle, że wskazówka prędkościomierza stała się dla mnie najczęściej sprawdzanym zegarem.

Zanim jeszcze wylądowałem na kangurzej ziemi, wiedziałem że przepisy są tutaj przestrzegane z pełną starannością, ale nie sądziłem, że aż taką. Dwa najtańsze mandaty ($75 każdy) to efekt z sesji fotograficznej jazdy po mieście. Z tym, że dozwolone 60 przekroczyłem ledwie o 7 (słownie: siedem) kilometrów! Tym samym przekonując się, że to nie Polska gdzie paradoksalnie prawo pozwala na łamanie przepisu o dodatkowe 10 km/h. Mandat na $150 to też efekt sesji fotograficznej z tym, że na obrzeżach miasta i tutaj moja nadmierna prędkość była bezsporna (ograniczenie do 80km/h przekroczone o równe 10). Jednak prawdziwa bomba która, zmiotła z powierzchni ziemi moje zasady jazdy i sprawiła, że po raz pierwszy stanąłem twarzą w twarz z ozikowym policjantem to mandat na 300 dolarów! Suma na prawdę konkretna, przekraczająca nawet koszt wypożyczenia auta, którym do otrzymania kary się przyczyniłem. Chociaż prędkość przekroczyłem już znacząco, jadąc 139km/h na drodze dopuszczającej jedynie 110, to czuję że kara jest trochę niesprawiedliwa. Już tłumaczę. Między miastami występują tu głównie drogi jednopasmowe, co jakiś czas wzbogacone o overtaking lane, czyli pas służący do wyprzedzania. Pech chciał że na taki pas właśnie trafiłem. Koniec pasa przypadał na wzniesienie zza którego niespodziewanie wyskoczył radiowóz i zanim zdążył mnie minąć zobaczyłem czerwono niebieski błysk nakazujący zjechanie na pobocze. Jeśli auto, które chcę wyprzedzić, jedzie 105 na godzinę to nie mogę jechać 110 bo na wyprzedzenie go zabraknie mi drogi! Chwilowa nadprędkość była więc w tym wypadku uzasadniona. Jednak nie dla stróża prawa. Na szczęście przez lata wyrobiony odruch dociskania hamulca przy pierwszym kontakcie wzrokowym z policją spowodował znaczne umniejszenie kary. Jak pocieszył mnie policjant, gdybym jechał o kilometr szybciej do kosztów podróży mógłbym dorzucić siedem stów ekstra! Ta informacja była gwoździem do mojej przekraczającej dozwoloną prędkość trumny.

Punktami karnymi przejmować się nie musiałem, bo moje międzynarodowe prawo jazdy jest punkto-odporne i nie grozi mi jego utrata. Australijski system przewidział jednak i tych punkto-obojętnych. Jeśli w ciągu miesiąca nie ureguluję mandatowych zaległości moje prawo jeżdżenia zostanie zawieszone i pierwszy lepszy kontakt z drogówką zakończy się odholowaniem pojazdu. Można wymóc płacenie na czas? Można.

Zebrane kary oczywiście mnie nie cieszą, niektórymi czuję się nawet niesłusznie pokrzywdzony. Mimo to rozsądek podpowiada, że taki system bezwzględnej walki z drogowymi piratami przydałby się i Polsce. Wiele rozwiązań systemowych zasługuje na podpatrzenie i zaimplementowanie w systemach znad Wisły. Jedyny warunek, że skopiowano by również niektóre rozwiązania drogowe (jak chociażby feralny dla mnie pas do wyprzedzania) i doprowadzono do ładu drogowo-radarowy chaos, oraz częste bezprawie w imię litery prawa. Dla mnie pozostaje pielęgnować nowe, wolniejsze nawyki. Ale tylko do czasu, bo polskie drogi już czekają…

In Little Lagoon

Słowik: Kiedy pierwsi odkrywcy dotarli do zatoki, w której obecnie leży miejscowość Monkey Mia, zobaczyli całe stada wystających ponad wodę płetw. Doszli do wniosku, że są w miejscu, w którym roi się od rekinów i ochrzcili te wody Zatoką Rekina. Jednak wystające płetwy grzbietowe należały do delfinów butlonosych, które chociaż dzikie to nie stronią od kontaktu z ludźmi.

Obecnie w Monkey Mia utworzono ośrodek badawczy, który zajmuje się tymi wodnymi ssakami. Każdego ranka jego pracownicy zapraszają turystów na karmienie delfinów – rytuał, który odbywa się nieprzerwanie każdego dnia od około 40 lat. Słowo karmienie jest tutaj użyte raczej nad wyraz, bo dla delfinów to raczej przekąska. Dostają kilka sztuk małych rybek, chociaż ich dzienne zapotrzebowanie to około 10kg. Ale wystarczy, żeby przyciągnąć je do brzegu ku uciesze tłumów. Delfiny na śniadanie przypływają prawie zawsze kilka minut po godzinie 8. Wtedy czekają już na nich dziesiątki, a czasami setki turystów. Czekamy i my. Gdy zbliża się 8, pracownicy rezerwatu zapraszają wszystkich nad brzeg. Na oko około 120 osób ustawia się w rządku, czasami dwu, maksymalnie trzy-szeregu. Żeby tylko być jak najbliżej. Po kilkunastu minutach na horyzoncie widać pierwsze płetwy. Po chwili delfiny są już praktycznie u naszych stóp. Poza samą bliskością z nimi niesamowite jest to, że pływają przed nami w wodzie sięgającej zaledwie do łydek. Jak widać, wystarczy. Niestety można tylko patrzeć i słuchać. Od 11 lat wprowadzono całkowity zakaz dotykania butlonosych. Nie tylko po to, aby ich nie “udamawiać” ale również dlatego, że mogą zarazić się naszymi wirusami. Widać, że zakaz jest rygorystycznie przestrzegany, bo nawet pracownicy dobrze delfinom znani nie dotykają ich ani razu. Chociaż ewidentnie widać, że niektóre wręcz się o to proszą, ocierając się o ich nogi lub wystawiając pysk ku górze, niczym pies. Pracownicy kontrolują się sami, aby kontrolować turystów wprowadzono kary sięgające nawet 10 tysięcy dolarów. Z karmieniem jest podobnie. Zwłaszcza, że delfiny pamiętają czasy gdy ludzie dokarmiali ich nawet kanapkami (!) i teraz żebrzą o jedzenie od turystów stojących na molo lub podpływając do licznych łodzi i jachtów. Jedynym wyjątkiem jest te kilka rybek po każdej z porannych prezentacji, gdy kilka osób wybrane przez pracowników może dostąpić zaszczytu karmienia. Mieliśmy szczęście i delfiny przypłynęły na wszystkie trzy karmienia (czasami pojawiają się na dwa, lub tylko jedno), ale niestety nie wybrano nas ani razu. Zauważyliśmy jednak pewną tendencję w wyborze i z góry upatrzony schemat. Kilka osób wybierano dwukrotnie, ale przez innych pracowników. Jak widać nie byliśmy w ich szczególnym typie.

 

Poza delfinami i pięknymi widokami w Monkey Mia nie było nic więcej do zobaczenia. Pojawił się jeszcze pelikan, który zamiast bać się tłumów ludzi, próbował złapać swoim długim dziobem tych, którzy podchodzili zbyt blisko przy robieniu zdjęć. Zachowaliśmy bezpieczną odległość ale z aparatami w dłoni czekaliśmy aż chapnie natrętnych azjatów lub nieświadome zagrożenia dzieci. Bezskutecznie. Faktem wartym odnotowania są jeszcze rozwieszone po całym ośrodku informacje o emu. Emu podobnie jak pelikan i delfiny przyzwyczaiły się do ludzi, a nawet posiadły tę bezcenną wiedzę, że człowiek = pożywienie. Ba! Nawet wiedzą, że jeśli pożywienia nie ma na wierzchu trzeba go poszukać w torbie. Stąd ostrzeżenia aby pilnować swoich rzeczy jeśli zauważy się w pobliżu jakieś gangi wygłodniałych emu, bo przypadki kiedy oprócz patroszenia torby potrafiły ją po prostu zabrać nie są odosobnione.

Eagle Bluff

Po takim poranku z naturą, wiedzieliśmy że warto było jechać prawie tysiąc kilometrów i spędzić noc w aucie, a był to dopiero początek naszych trzydniowych atrakcji. Z Monkey Mia wróciliśmy do położonego niedaleko Denham, gdzie czekał na nas zarezerwowany pokój i upragniony prysznic. Po motelu pod szyldem YHA (Youth Hostel Australia) zazwyczaj nie można spodziewać się zbytnich fajerwerków, raczej minimum do spania. Mimo wszystko, widząc nasz pokój pomyślałem, że dużo wygodniej i komfortowo było spać w samochodzie. Na pewno psychicznie bezpieczniej. Patrząc na pokój nie byłem w pełni przekonany czy jest on wolny od pająków. Porzuciłem jednak tę myśl, bo był to problem dopiero na wieczór. Po szybkim odświeżeniu ustaliliśmy plan dnia i ruszyliśmy w drogę. Zatoka Rekina i półwysep ją otaczający, na którym się znajdowaliśmy, zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa. Muszę Wam również uzmysłowić, że chociaż jest to teren dostępny dla turystów, to pozostał maksymalnie nienaruszony. Nasza baza wypadowa to Denham (około 250 mieszkańców), następna  mieścina za jakieś 300 km. W Monkey Mia nie ma nic poza ośrodkiem badawczym delfinów i jednym ośrodkiem wczasowym, na który składa się kilka domków i hotelowa restauracja. Poza tym żadnego sklepu, budki telefonicznej czy stacji benzynowej. Kompletny dzicz. Nie ma tu zasięgu telefonii komórkowej (tylko jedna sieć ma swój nadajnik w Denham, niestety nie nasza) a internet jest obecny jedynie w zdaniach oznajmujących że go… nie ma. Dla samych mieszkańców Denham jest zarówno telefon stacjonarny jak i net, ale turyści są raczej go pozbawieni. Odcięci od technologii ruszyliśmy obcować z jednymi z najpiękniejszych miejsc na świecie. Niestety odpadło nam kilka miejsc, które dostępne są jedynie dla auta z napędem 4×4 lub organizowanych płatnych wycieczek.

Zaczęło się mało atrakcyjnie od jedynej płatnej atrakcji, nazwanej nad wyraz Morskim Zoo. Wątpliwa przyjemność podziwiania kilku ryb w niewielkich akwariach, wodnego żółwia z odgryzioną płetwą i niechcącego jeść zdechłej ryby rekina, kosztowała nas 16 dolków od łebka i to jedyne pieniądze podczas tej wyprawy, których można odżałować (no, może jeszcze te trzy stówki mandatu były zbędne…). Zwłaszcza, że w kwestii obserwowania rekinów wygrało Urwisko Orła (Eagle Bluff). Oprócz zapierających dech w piersiach widoków, mieliśmy szczęście dostrzec dwa rekiny cytrynowe (albo tygrysie, ciężko ustalić) pływające w małej zatoczce obok brzegu. Niesamowity widok oglądać te drapieżnik tak swobodnie pływające w swoim naturalnym środowisku. Przede wszystkim było je wyraźnie widać w krystalicznie czystej wodzie, czego nie można powiedzieć o zbiorniku w zoo.

Tak ciekawie bylo w morskim zoo

Następny dłuższy przystanek wydawał się miejsce wręcz nierealnym. Bo czy potraficie sobie wyobrazić plażę bez piasku? Zupełnie go pozbawioną, choćby jednego ziarenka. Jak się okazuje taka plaża istnieje i na dodatek rozciąga się na długość 120 kilometrów. Miejsce piachu zajęły małe muszle w ilościach hurtowych. Podobno sięgają nawet do 10 metrów wgłąb i chociaż zakazuje się zabierania ze sobą naturalnych souvenirów, to z bloków ubitych muszli buduje się czasami domy. Oprócz muszlowej plaży mogliśmy popływać w jak zwykle nieskazitelnie czystej wodzie. Jednak jej zasolenie było ponad normę, nawet tę oceaniczną. Wystarczyła zbłądzona kropla aby wywołać pieczenie oka, lub odruchy wymiotne w kontakcie z jamą ustną. Nie bez powodu jest to jedno z najbardziej zasolonych miejsc na ziemi. Po kąpieli, obaleniu letniego piwka i chwili błogiego wylegiwania się ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się jeszcze na szybką sesję przy tablicy zaznaczającej linię 26 równoleżnika szerokości południowej tym samym uświadamiając sobie, że w ciągu jednego dnia przeskoczyliśmy aż o 6 równoleżników (pamiętacie, gdzie trafiliśmy na 32 równoleżnik?).

Po kolacji i zachodzie słońca pojechaliśmy kilka kilometrów za miasto poobserwować niebo. To jeden z niewielu momentów w życiu, kiedy mogłem gołym okiem dostrzec tak wyraźnie Drogę Mleczną [Ula: ostatnio było w Żabinku]. Na dodatek w akompaniamencie zupełnie innych gwiazdozbiorów niż te dobrze mi znane z półkuli północnej. Co prawda teleskop, który został w Polsce, musiała zastąpić lornetka, jednak to wystarczyło żeby nacieszyć oczy nowymi cudami nieba. Ale o gwiazdach pewnie więcej opowiem wam Ula, w końcu to jej pasja. Ja jestem tylko amatorskim podglądaczem.

Denham po zachodzie

Ula: Mając dużo wolnego czasu w aucie mogłam bez problemu przestudiować mapy nieba. Trochę mi zajęło zidentyfikowanie wszystkich nowości i ciekawostek dostępnych do podziwiania na południowej półkuli. Długo wyczekiwane Obłoki Magellana były na wyciągnięcie ręki! Bez kitu wyglądają jak małe chmurki i na pierwszy rzut oka nietrudno je z chmurami pomylić. Nawet przez lornetkę wyglądały jakoś tak zamazanie. Na szczęście pogoda dopisała (podczas podróży na południe było zbyt dużo chmur) i spokojnie mogliśmy podziwiać gwiazdy, aż do pojawienia się Księżyca. Skubany był w tym czasie prawie w pełni i oświetlał niebo niczym miejskie latarnie. Ale wschód Księżyca oglądany przez lornetkę okazał się kolejną atrakcją.

Po tak doskonałym opisie Słowika nie ma tu co dodawać, powiem tylko, że był to jeden z najwspanialszych wypadów, najwspanialszych widoków i najwspanialszych chwil spędzonych w Australii. Na miarę podróży poślubnej (hmm przedślubnej :) )

Lekcja społeczeństwa

Posted: Marzec 26, 2012 in Uncategorized

Słowik: Australia poza egzotyczną florą i fauną, kompletnie odmiennym od znanego w Polsce klimatu i znacząco różniącym się terenem ma jeszcze jeden element godny pozazdroszczenia. To społeczeństwo, nie tylko jako jednostka, ale w ujęciu całościowym. Jako jeden byt.

Jednak nic nie powstaje samo z niczego. Państwo jest świadome swoich obowiązków edukacyjnych celem lepszego społeczeństwa obywatelskiego. Coś o czym u nas w Polsce kompletnie zapomniano. U nas przyjęto za powszechną oczywistość, że każdy jest świadom swojego zachowania jako jednostka społeczna. Gówno prawda. Większość naszego społeczeństwa to egocentryczne indywidua nie wychodzące myślą poza czubek własnego nosa. Widać to na każdym roku. Bezmyślne, a czasami wręcz chamskie parkowanie. Brak poszanowania dla publicznego mienia. Głośne rozmowy przez telefon w transporcie publicznym, albo o zgrozo słuchanie muzyki bez używania słuchawek! Przepychanie się w drzwiach między wychodzącymi a wchodzącymi. Śmiecenie gdzie popadnie. Ignorancja właścicieli psów na bezczelne sranie ich pupili na środku chodnika. To tylko niektóre z przewinień. Winna jest też strona urzędnicza, która społecznie myśleć nie potrafi albo co gorsza nie chce. Zamiast wydzielić ogrodzeniem niektóre skwery czy trawniki i udostępnić je dla czworonogów, woli rozstawiać tabliczki z zakazami (na co w ogóle idzie podatek za psy?). Zamiast pojemników i torebek na psie odchody na każdym rogu lepiej porozstawiać strażników miejskich wlepiających mandaty. Zamiast edukować lepiej karać. Taka jest maksyma urzędnicza.
A może to właśnie ten brak komunikacji na linii społeczeństwo – państwo jest winien wielu przewinień?

 

W Australii właśnie na komunikację i informowanie, w pewnym sensie kształcenie społeczeństwa położono nacisk. Na każdej stacji znajdują się plakaty czasami brutalnie uświadamiające skutki łamania zakazu wchodzenia na tory. W samych pojazdach komunikacji zbiorowej aż roi się od zabawnych wierszyków i rysunków uświadamiających tak podstawowe zachowania jak zatykanie buzi przy kichaniu, zdejmowanie plecaka, ustępowanie miejsca czy nie stanie jak kołek w drzwiach blokując przepływ pasażerów. Kiedy w mieście zaczęły się fale upałów w podobny sposób poproszono pasażerów o wyrozumiałość. Pociągi mogły się spóźniać, gdyż jeździły wolniej na niektórych odcinkach aby nie wygiąć torów. Przed naszym osiedlem od kilku miesięcy mamy plac budowy w związku z przebudową drogi dojazdowej do lotniska. Na początku prac każdy mieszkaniec znalazł w swojej skrzynce pocztowej list od wykonawcy z informacją o zaplanowanych etapach budowy i związanych z nią komplikacjach w codziennym życiu. Przeprosił i poprosił o wyrozumiałość. Przykłady takiego komunikowania się z obywatelami można by tu mnożyć. Kilka z nich przedstawiam również na zdjęciach. Ale oprócz samej komunikacji, istotną rolę odgrywa wychowanie. Zaszczepienie społecznego myślenia już od najmniejszych lat. Stąd dzieci w szkołach podstawowych przy współpracy lokalnych przedsiębiorców i korporacji angażuje się w takie akcje jak sadzenie kwiatów w bezpośrednim sąsiedztwie szkoły, czy dekorowanie przystanków ich rysunkami. Czasami wręcz przemalowywanie całych wiat według ich pomysłu.

 

I szczerze widać skutek całej tej edukacji. Wszelkie antyspołeczne zachowania są tu rzadkością, a jeśli już występują to zazwyczaj za sprawą zdegenerowanych Aborygenów, lumpów i puszczonych samopas gówniarzy. W godzinach szczytu nikogo (poza nami) nie dziwi widok kolejki ludzi stojącej na przystanku. Wszyscy ustawiają się gęsiego czekając na wejście do autobusu. Zabraknie miejsca? Bywa, trzeba będzie grzecznie poczekać na następny zamiast wciskać się na sile, wbrew niedomykającym się drzwiom i możliwością pojemnościowym autobusu.

Nawet nie wspomnę o grzeczności i serdeczności względem innych na codzień. To raczej byłoby zbyt wiele wymagać jednocześnie społecznej świadomości i pozbycia się gburowatej mentalności. Na początek wystarczy zrzucenie kurtyny egoizmu. Wtedy może pogodne nastawienie przyjdzie z czasem samo.

  

Polskie samorządy i rząd powinny dużo większy nacisk położyć na wszelkiego rodzaju społeczne akcje informacyjne, nawet te poświęcone sprawą tak prostym i niby oczywistym jak zachowanie w środkach transportu publicznego. Władza lokalna powinna nastawić się na słuchanie swoich mieszkańców. Szukać dialogu zamiast narzucać z góry biurokratycznie wygodne i zza urzędniczego biurka słuszne prawa. Informować i edukować zamiast wymagać, ścigać i karać. To podstawowa lekcja z obcowania w australijskim społeczeństwie.

   

Ula: Zgadzam się w 100%. Może trochę zbyt brutalnie to zabrzmiało i wiadomo – każdy jest inny i nie każdego zachowanie w Polsce jest złe a w Australii dobre. Ale mieszkając w Polsce od urodzenia, a tu będąc od pół roku można takie wrażenie odnieść, że jednak jest inaczej. Ludzie tu po prostu są grzeczni dla siebie. Uśmiechają się, zagadują, ustępują miejsca, nie tylko przepraszają gdy kogoś niechcący szturchną, ale potrącona osoba też przeprasza, bo może zajmowała za dużo miejsca? Uśmiechnąć się do policjanta? Żaden problem, jeszcze mi miłego dnia życzył.

I przede wszystkim edukacja. Nawet na podpaskach wrzucają ciekawostki ze świata:D

Busselton

Posted: Marzec 14, 2012 in Uncategorized

Słowik: Od wyjazdu Kuby i Lesley nie mieliśmy czasu, żeby ponownie wyskoczyć za miasto, chociaż na krótką chwilę. W samą porę pojawiła się odsiecz w postaci święta pracy, dzięki czemu weekend wydłużył się o jeden dzień. Akurat jeden z niewielu kiedy oboje mieliśmy wolne. Bez namysłu wypożyczyliśmy auto i równo ze wschodem słońca wyruszyliśmy na krótką wycieczkę.

Zaledwie 3 godziny jazdy od miasta i znaleźliśmy się w Canal Rock. Kolejnym malowniczym fragmencie wybrzeża, gdzie plaża zamienia się w skały i klify. Gdybym każdy dzień mógł zaczynać przy takich widokach, może nawet zmieniłbym zwyczaje żywieniowe i częściej jadał śniadania. Całe wybrzeże jest równie malownicze jak Canal Rock. Nieznacznie zmienia się otoczenie, ale niewyobrażalnie czysta woda i palący stopy piasek są wszędzie. Najpiękniejsze, że tutaj każdy może mieć swój prywatny kawałek rajskiej plaży. Miejsca jest tak dużo, że jeśli nawet w jednym punkcie zastaniemy ludzi, wystarczy przejść się kilkaset metrów lub przejechać kilka kilometrów aby znaleźć bezludny, mały raj. Jedno z takich miejsc znaleźliśmy w Zatoce Orła (Eagle Bay). Ponieważ plan mieliśmy napięty szybko ruszyliśmy dalej w drogę. Na dłużej przystanęliśmy w Busselton. Niewielkiej mieścinie na południowo zachodnim wgłębieniu Australii. Miejscowość słynie głównie (i chyba jedynie) z 2 kilometrowego molo zaczynającego się od czterech malowniczych drewnianych chatek. Oczywiście jest tez bezkresna rajska plaża, ale to żadna specjalność. W oczy rzuca się też stara latarnia morska, która jednocześnie jest podporą wodnej zjeżdżalni. Obecnie niestety nieczynnej. Wchodząc na molo przekonaliśmy się po raz kolejny o beztroskim podejściu do życia Ozików. Wejście na molo kosztowało 2,5 dolara. Przyzwyczajeni do płacenia za wszystko plastikiem nie mieliśmy gotówki, a limit płatności kartą był 10 dolków. Mimo to kasjerka machnęła ręką i pozwoliła nam wejść bez konieczności cofania się do auta po pieniądze. Dotarcie na koniec mola zapewniała kolejka wąskotorowa, ale zrezygnowaliśmy z tej atrakcji widząc ludzi skaczących z mola wprost do oceanu. Chociaż czynność tak banalna to jednak niesamowita. Pierwszym szokiem był dla nas sam fakt, że ludzie od tak skaczą sobie z mola. Nikt nie straszy mandatami. Nikt nie zabrania. Wręcz przeciwnie. Miejsce do skoków było specjalnie wydzielone z betonową kładką u góry i drabinką powrotną u dołu. Skakali wszyscy bez wyjątku. Małe dzieci, nastolatki i ci starszej daty. Skakała oczywiście i Ula. Patrząc na radość jaką dają beztroskie skoki sam zapragnąłem taki skok wykonać. Jednak moje lęki, słaba zdolność pływania i silny respekt do wody okazały się nie do przeskoczenia. Samo zejście do wody z niskiego pomostu wprowadziło mnie w stan lekkiej paniki. Biorąc pod uwagę, że czuje się niepewnie w basenie o głębokości 2 metrów, pływanie z dala od brzegu na dużo głębszym oceanie przerosło mnie kompletnie. Przynajmniej próbowałem. Pozostało mi czerpać radość z frajdy jaką miała Ula. Wycieczkę zakończyliśmy naszym standardowym posiłkiem w podróży – rybą z frytkami. Resztkami dokarmiłem mewy, które rzucały się na każdy okruch jedzenia niczym sępy na padlinę.

Ten krótki przerywnik w codziennej rutynie musi nam wystarczyć aż do Wielkanocy. Na szczęście jak zwykle mamy garść fotografii do wspominania tych beztroskich chwil.

This slideshow requires JavaScript.

Sculpture by the sea

Posted: Marzec 10, 2012 in Uncategorized

Słowik: Zazwyczaj żeby poobcować ze sztuką, trzeba zmobilizować się do wysiłku i pójść do muzeum czy galerii sztuki. Czasami to sztuka wychodzi do ludzi, jak chociażby podczas szczecińskich Inspiracji. W Perth sztuka pokonała kolejny dystans i wyszła do widza naprawdę blisko. Tak blisko, że nawet gdyby ten chciał się tylko zrelaksować to i tak na nią trafi. W Cottesloe jak co roku, rzeźby wyszły na plażę. Dosłownie. Eksponaty rozstawiono na piasku, trawie, falochronie, w krzakach i na drzewach. Zabrakło tylko figury sterczącej ponad falami. Wystawa ma również element współzawodnictwa i jury wybiera najlepszą z rzeźb. W tym roku zwycięzcą została żółta wywrotka zlepiona z pianki dla dzieci. Artysta podobno budował ją dwa miesiące i wydał osiem tysięcy dolarów z czego dwa tysiaki poszły na sam klej. Jak widać opłacało się. Chociaż do moich faworytów nie należy. Większe wrażenie robi “no sculpture” demonstrująca różne zastosowanie słowa ‘no’. Oprócz tego co widać, eksponat wzbogacały również dźwięki. Monologi z filmów lub słynnych wystąpień w których znaczący akcent położono na słowo “no”. “What? NO!”

Najniezwyklejszy element w tej plażowej galerii to ludzie. Oprócz typowo zwiedzających wystawę czy pseudo papparazzich (including myself), pełno jest zwykłych plażowiczów. Stałych bywalców tej części Cottesloe, którzy nie zważając na rozsypane w około rzeźby, relaksują się jak zawsze w pełnym słońcu i przy szumie oceanu. Z jednej strony sztuka, z drugiej opalający się ludzie. Połączenie niecodzienne ale jak widać możliwe. Nawet dla tych sztuką niezainteresowanych płynie z wystawy jedna korzyść. Każda rzeźba to zawsze dodatkowy skrawek cienia często tak pożądany na spalonej słońcem plaży.

Wystarczy pisania. Zapraszam na wystawę w galerii poniżej.

Singapur

Posted: Marzec 7, 2012 in Uncategorized

Słowik: Wspomnienia podobnie jak fiskalny paragon, z czasem płowieją i zamazują się. Na szczęście nasz paragon wspomnień z Singapuru nawet po upływie pół roku jest jeszcze na tyle wyraźny, aby podzielić się jego zapisem z Wami.

Planując podróż do Australii stwierdziliśmy, że skorzystamy z przesiadki (której i tak nie unikniemy) aby chociaż musnąć Azję. Wybór był podyktowany m.in. ceną biletów, czyli którędy taniej. Padło na Singapur i od razu myśl: lepszy byłby chyba tylko Bangkok. Czasu mieliśmy niewiele, doba musiała zaspokoić nasz podróżniczy apetyt.

Sands Hotel

Po wylądowaniu pierwsze co rzuciło się w oczy jako inne to lotniskowe podłogi wyścielane… dywanami. Ciężko powiedzieć co kierowało projektantem, ale na pewno nie była to myśl praktyczna. Walizki po miękkim dywanie nie suną już tak łatwo jak po twardej podłodze. Aby ułatwić sobie zwiedzanie Singapuru zostawiliśmy duże (i ciężkie) bagaże w przechowalni na lotnisku. Podręczne zabraliśmy z sobą i w drogę! Poza tym polska nieufność podpowiadała mi, że lepiej nie zostawiać całej elektroniki w nieznanym miejscu. Tak oto zostaliśmy z podręczną walizką na kółkach i torbą podróżną, które dopiero miały dać nam się we znaki.

NO NO NO

Wyjście z klimatyzowanego lotniska przypominało raczej podduszanie w basenie niż zaczerpnięcie świeżego powietrza. Wilgotność była tak duża, że przez chwilę poczuliśmy się jak ryba wyjęta z wody i patrząc ze zdziwieniem na siebie, zaczeliśmy łapczywie łykać powietrze. Hotel Le Parnakan, do którego trafiliśmy, zaoferował nam najmniejszy pokój w jakim w życiu byłem. W zasadzie 95% jego powierzchni zajmowało łóżko. Po rozciągnieciu się na nim brakowało zaledwie kilkunastu centymetrów żeby sięgnąć ściany i w ten sposób dotykać jednocześnie obu jego końców. Mimo swoich mikro rozmiarów, miejscówka była przytulna i choć trochę klimatyzowana co dawało nadzieje na sen bez podduszania. Co ciekawe znalezliśmy się w Singapurze na 2 tygodnie przed Grand Prix formuły 1 i cennik w recepcji znacząco przypominał o nadhodzącym wydarzeniu. Bez zbędnej ściemy, postawiono informacje, że w czasie trwania Grand Prix ceny pokoji zostają podniesione. Jak się później okazało to całkiem normalna praktyka.

Nasz Le Parnakan znajdował się kilka kilometrów od centrum, ale szukając możliwości lepszego doświadczenia Singapuru zdecydowaliśmy się na przemieszczanie autobusami i metrem. Wujek Google jak zwykle okazał się niezastąpiony wskazując nam miejsca przystanków i czasy odjazdów. Pierwsze spotkanie z miastem lwa zaskoczyło nas wszechobecnym angielskim. W języku Szekspira jest dosłownie wszystko. Sklepowe nazwy i witryny, ulice i reklamy. Nawet w indyjskiej dzielnicy niezrozumiałe dla nas hindu przeplatało się z angielskim. Poczuliśmy się trochę oszukani, bo co to za zangielszczona Azja? Z drugiej strony znacznie ułatwiało to podróżowanie na własną rękę bez konieczności wypytywania się o drogę i komunikacji na migi. Zwłaszcza że moja orientacja w terenie pierwszy raz kompletnie mnie zawiodła. Nawet z mapą w ręku nie mogłem określić gdzie się znajdujemy. Nie wiedziałem gdzie wschód a gdzie zachód, którędy na północ i gdzie jest południe. Zupełnie jakby zmiana półkul zresetowała mój zmysł orientacji. Na szczęście Ula skutecznie przejeła rolę nawigatora i dbała o to, abyśmy nie zagubili się w gąszczu singapurskich ulic.

Nienajlepiej wspominam indyjską kuchnię. Po zamówieniu kurczaka w sosie chilli dostałem kilka miseczek na wielkim liściu. W jednej z nich był też kurczak a raczej kości i chrząstki z niewielką ilością mięsa. Nie wiadomo czy to jeść czy tym rzucać jak kamieniami w kucharza za tak mało strawną potrawę. Na koniec nocnych eskapad udaliśmy się do Clarke Quay, gdzie oprócz sklepów i restauracji znajduje się część nocnego życia Singapuru. Na piwo zatrzymaliśmy się w jednym z najdziwniejszych ze znanych mi pubów. W The Clinic zamiast na krześle możesz usiąść na wózku inwalidzkim lub szpitalnym łóżku, a drinki sączyć wprost z kroplówki. Zabrakło tylko skąpo ubranych pielęgniarek w roli kelnerek i byłaby klinika pełną gębą. Chociaż był dopiero początek września jeden z lokali już świętował październikowe niemieckie święto piwa…

Fotel barowy

Day one zakończyliśmy po północy rozkoszując się zwyczajnym hamburgerem i europejskim piwem.

Następnego dnia ruszyliśmy z konkretnym planem zobaczenia kilku miejsc w znacznie ograniczonym czasie, gdyż na 16:00 trzeba było wrócić na lotnisko. Zwiedzanie z 20 kilogramowym bagażem podręcznym okazało się nie lada wyzwaniem. Na dodatek były sytuacje, w których wyglądaliśmy i czuliśmy się dziwnie. Chociażby wtedy gdy dotarliśmy do biznesowej dzielnicy Singapuru. My ubrani typowo turystycznie, krótkie spodenki i rękawki, a do tego bagaż skonstruowany z walizki na kółkach i przywiązanej na górze torby podróżnej. Wszyscy dookoła w garniturach, garsonkach i wszelkiej maści oficjalnych ciuchach. Mimo tego jak wynaturzeni czuliśmy się w tym biznesowym gąszczu ludzi, nikt nie zwracał na nas uwagi. Tu pierwszy raz poczuliśmy azjatycką mentalność. Nikt się nie gapi, nikogo nie interesujesz. Twoja sprawa co masz na sobie i jak wyglądasz, jaki masz kolor skóry. To uczucie niecodzienne zwłaszcza, że sami czasami czuliśmy się dziwnie ze swoją odmiennością, ale nikogo poza nami to nie obchodziło. Bagaż, zmęczenie czwartym dniem podróży i ponaglający nas czas spowodowały, że nie weszliśmy do jednej z największych atrakcji Singapuru czyli hotelu Marina Bay Sands. To ten ogromny budynek przypominający statek na trzech filarach, który widać na zdjęciu. Z tarasu na jego szczycie widok jest jeszcze lepszy, podobno. Sprawdzimy następnym razem.

This slideshow requires JavaScript.

Co na pewno zapamiętamy to ogólna czystość i porządek. Zakazy spożywania durianów, czyli najbardziej śmierdzących owoców świata. Wszędobylski angielski. Tor formuły 1. Wagony metra tak długie, że w środku stojąc na jednym końcu nie widać drugiego. No i spory szok kulturowy po wejściu do publicznej toalety, gdzie oprócz pisuaru i sedesu jest też kabina z… dziurą w ziemi. Nadal do końca nie wiemy dlaczego i po co, ale wygląda na to, że w niektórych kulturach bardziej higienicznie jest przykucnąć nad dziurą niż siadać z tyłkiem na brudny plastik. W zasadzie coś w tym jest, bo kto tak naprawdę siada z gołym tyłkiem na publicznym kiblu? Więc po co montować kibel, wystarczy dziura w ziemi:) Kolejny azjatycki stereotyp, czyli ogólna taniość wszystkiego w Singapurze. Ceny wszędzie i wszystkiego były zdecydowanie europejskie.

Dwadzieścia cztery godziny to niewiele żeby dobrze poznać miejsce i poczuć jego klimat. Nam musiało wystarczyć i chociaż Singapur wydał nam się mało azjatycki, chcielibyśmy zatrzymać się w nim jeszcze chociaż raz, na kolejne dwadzieścia cztery godziny.

Chodząc po Oceanie

Posted: Luty 26, 2012 in Uncategorized

w drodze na wyspe

Słowik: Australia jest na tyle niezwykła, że może poszczycić się miejscem, w którym dosłownie przechodzi się przez Ocean Indyjski. I nie mówię tutaj o chodzeniu przy brzegu plaży, tylko faktycznym wyjściu w głąb błękitnej wody. Przejściu z jednego lądu na drugi. Ale o tym za chwilę. Zanim doświadczyliśmy atrakcji, których wcześniej można było pozazdrościć Jezusowi, udaliśmy się na chodzenie pod powierzchnią wody – w oceanarium.

underwater world

Widziałem wcześniej podwodne co nieco w Sea World w San Diego, ale to mało znaczące przy tym co można obserwować w oceanarium w Perth. Oczywiście najlepsze jest wejście pod wodę do szklanego tunelu, w którym nie trzeba nawet chodzić, bo taśmociąg zapewnia tam przemieszczanie się w stałym tempie i skupienie całej uwagi na otaczającym podwodnym świecie. Morskie żółwie, ogromne płaszczki, nurkowie i przede wszystkim rekiny, to najważniejsze atrakcje podwodnego spaceru. I chociaż spoglądanie na rekina przez grubą pleksi to nie to samo co nurkowanie z nimi w klatce (na które pewnie zabraknie mi czasu i funduszy….) ale i tak można się poczuć nieswojo ze świadomością, że za tym kawałkiem sztucznego tworzywa spogląda na nas największy wodny drapieżnik z kompletem 300 zębów. Atrakcyjne okazało się również oglądanie mniej i bardziej groźnych okazów w podświetlanych akwariach, a przy okazji mieliśmy kolejną okazję do pogłaskania płaszczek i zabawy rozgwiazdami. Zabrakło chyba tylko delfinów, ale na nie przyjdzie pora przy wielkanocnej podróży na północ Australii.

underwater world

Na miejsce na podium australijskich podboi zasługuje jednak nie oceanarium, a wycieczka na Wyspę Pingwinów. Wbrew samej nazwie to nie Pingwiny stanowią o atrakcyjności wyspy, przynajmniej nie dla nas. Frajdą dużo większą od oglądania największego skupiska najmniejszych pingwinów na świecie jest dostanie się na samą wyspę. Oczywiście w punkcie informacyjnym można zakupić bilet na prom w obie strony. Tyle że promem to mogę sobie popływać za darmo na trasie Świnoujście – reszta Polski. Żadna przyjemność. Dlatego machnęliśmy ręką na uwagi pani w informacji, że prom jest jedyną bezpieczną formą dostania się na wyspę. Tylko Lesley czując respekt do wody i wykazując dużo mniejszy entuzjazm od naszej trójki zdecydowała się na podróż “suchą stopą”. My natomiast żwawo ruszyliśmy przez ocean. Otóż między stałym lądem a Wyspą jest niewielki przesmyk, istna mielizna, w której w czasie odpływu woda sięga gdzieś pomiędzy łydkami a pępkiem. Dlatego ludzie często zamiast przeprawy promowej wybierają kilkunastominutowy marsz przez ocean. Fakt, że może być to podróż niebezpieczna jeśli nie obserwuje się drogi i nie trzyma możliwie najpłytszej trasy. W 2010 jeden nierozważny ciapaty pod wpływem alkoholu utonął. Bywa i tak. Mając świadomość ewentualnego zagrożenia i rozsądek na baczności weszliśmy na “wodny szlak”. No może Kuba z Ulą wykazywali więcej rozsądku, ja cieszyłem się niczym dziecko otwierające prezenty spod choinki i po prostu szedłem przed siebie z uśmiechem na ustach. Niby taka drobnostka a ile w niej radości. Na samej wyspie trochę wiało nudą. Gdybyśmy nie wykupili biletów na pokaz karmienia pingwinów mielibyśmy niewielkie szanse na ich zobaczenie. Wyspa z tymi ptakami ma najwięcej wspólnego w samej nazwie, bo w praktyce pingwiny są płochliwe, małe, pochowane pod pomostami dla ludzi i generalnie wyglądające trochę jak niezdarny odłam pingwiniej rodziny. Obeszliśmy całą wyspę i nic. Zero pingwina. Albatrosy, jaszczurki – są. Pingwiny znaleźliśmy przypadkiem już na koniec wycieczki. Czekając na prom zrobiliśmy szybki rekonesans wśród pracowników wyspy i udało się znaleźć kilka okazów wciśniętych pod schody bądź drewniany deptak. Tyle w kwestii “dziko żyjących” stworzeń.

This slideshow requires JavaScript.

W zasadzie to była nasza ostatnia wycieczka jaką odbyliśmy w towarzystwie Kuby i Lesley. Odwiedziliśmy jeszcze Koala Park za miastem, ale to był szybki wypad. Poza możliwością potrzymania koali (za horrendalne 25 dolców!) i kangurami karmionymi popcornem, nie było tam nic wartego opisania. Czas beztroskiego podróżowania z naszą irlandzką “rodziną” dobiegł końca. Mamy za to mnóstwo wspomnień i tysiące zdjęć. Kolejną dłuższą wyprawę planujemy na Wielkanoc. Zamiast święcenia jajek i czekoladowych zajączków będziemy karmić delfiny i zwiedzać kaniony. Byle do kwietnia.